Kryzys gospodarczy w ocenie nauki społecznej Kościoła

Autor | Dodano
Kategorie: Inne, Kryzys finansowy, Nauka społeczna

Claudio Gentili, dyrektor „La Società”
Dwumiesięcznik „Społeczeństwo”, rok XIX (XV), nr 2, marzec-kwiecień 2009, s. 207-211.

Obecny światowy kryzys finansowy i gospodarczy jest naprawdę poważny. Ubodzy, bezrobotni, najbardziej pokrzywdzeni przez los, kraje Trzeciego Świata są ofiarami tego kryzysu, który uderza w rodziny i przedsiębiorstwa i wcześniej niż rozeznania żąda od nas solidarności. Mimo powagi sytuacji nie możemy ulegać pesymizmowi. Niektórzy poważni obserwatorzy notują już pierwsze sygnały ożywienia. Ale wyjście z tego kryzysu nie będzie ani łatwe, ani bezbolesne.

Łatwo natomiast rozpoznać, co się zdarzyło, chociaż ekonomiści tego kryzysu nie przewidzieli. Fakty są znane: ekspansja monetarna i kredytowa, przenoszenie ryzyka, bańki spekulacyjne, toksyczne aktywa, upadłości banków i przedsiębiorstw. Gdy chodzi o bańki spekulacyjne, historia zna ich wiele, poczynając od tej, która pękła na giełdzie w Amsterdamie w 1637 r., kiedy nagle spadła cena cebulek tulipanów(przedtem kosztujących krocie), co pogrążyło nie tylko spekulantów, ale całą holenderską gospodarkę.

Początek i przebieg obecnego kryzysu mają bardzo rozbieżne interpretacje. Wielu przyrównuje go do kryzysu 1929 r. Niektórzy nawiązują do mitycznego roku 1989 i opowiadają bajki o klęsce gospodarki rynkowej w 2009 r. jako lustrzanym odbiciu klęski gospodarki kolektywistycznej i realnego socjalizmu, której symbolem jest upadek muru berlińskiego.

Do globalnego kryzysu gospodarczego i finansowego odnosiło się jedno z ośmiu pytań skierowanych do Papieża przez rzymskich księży 26 lutego tego roku. Benedykt XVI zapytany przez proboszcza peryferyjnej rzymskiej parafii, wspomniał o swojej najbliższej encyklice społecznej, proponując syntetyczne spojrzenie na kryzys na dwóch poziomach. Pierwszy, makroekonomiczny, ukazuje defekty systemu opartego na kulcie pieniądza i egoizmie, które zaciemniają rozum i wolę człowieka, wiodąc go na błędne drogi. Powinien być słyszany – na poziomie krajowym i międzynarodowym – glos Kościoła, który chce się przyczynić do zmiany kierunku i pokazać drogę prawego rozumu oświeconego przez wiarę: drogę wyrzeczenia i zainteresowania się potrzebami drugich. Gdy chodzi o drugi poziom, mikroekonomiczny, Papież przypomniał, że nie da się w pełni zrealizować wielkich projektów reformy bez zmiany indywidualnego kursu. Zdaniem Papieża trzeba umieć odpowiedzieć także na poziomie refleksji o ekonomii. Dodał on, że „wielkie moralizatorstwo […] nie odnosi skutku, jeśli nie jest podparte znajomością realiów, które pomagają dodatkowo zrozumieć , co jeszcze konkretnie można zrobić, by stopniowo zmieniać sytuację”1. A ileż to reakcji moralizatorskich słyszeliśmy? Ile uproszczeń? Rozumowanie męczy: o wiele łatwiej posłużyć się sloganami. Ale wezwanie Papieża do ścisłości w poznawaniu rzeczywistości nie może pozostać bez odpowiedzi.

W niedawno wydanej, świetnej książce pod znamiennym tytułem Settimo non rubare. Furto e mercato nella storia dell’Occidente [Siódme – nie kradnij. Kradzież i rynek w historii Zachodu] historyk Paolo Prodi przekonująco daje odpór „grabarzom rynku”. Wyjaśnia, że kradzież bierze się z nieprzestrzegania reguł rynku, rozumianego już od średniowiecza jako forum, gdzie zbiorowość decyduje o słusznej cenie. O różnicy między kapitalizmem a wolnym rynkiem i o pozytywnej ocenie tego ostatniego ze strony Kościoła możemy przeczytać w encyklice Centesimus annus (zob. nr 43) słowa niezrównane pod względem jasności i wyważenia.

Dzisiaj prawidłowy stosunek między państwem a wolnym rynkiem został zakłócony przez globalizację. Gospodarka dąży do podporządkowania nowemu monopolowi władzy całego życia człowieka. Wielcy oszuści finansowi (Enron, Parmalat, argentyńskie „bondy” itd.) to tylko wierzchołek góry lodowej, skrywającej masę bezkarnych kradzieży. Trzeba jeszcze przypomnieć, że Adam Smith przed Badaniami nad naturą i przyczynami bogactwa narodów napisał Teorię uczuć moralnych. Jeśli pieniądz staje się idolem, a zapomina się o uczuciach, to rynek się wali. Jedynie przez opanowanie namiętności i uczynienie etyki podstawą rynku można wytworzyć skuteczną równowagę między państwem a rynkiem, pamiętając o tym, że rynek leży przed magistratem, czyli że funkcjonuje w systemie reguł. Wiele było w nowożytności prób zduszenia tej instytucji wolności, którą jest rynek, po to, by odtworzyć monopol władzy państwowej: państwa teokratyczne, państwa gospodarujące z XVIII w., narodowe państwo imperialne z XIX w. i ostatnio świecka religia polityczno-imperialna komunizmu, nazizmu i faszyzmu.

Niepokrywanie się władzy politycznej z gospodarczą oraz obecność norm etycznych i norm prawa pozytywnego w obrębie rynku pozwoliły na wykształcenie się naszych wolności konstytucyjnych. Trzeba pomyśleć o wytworzeniu nowej równowagi między dobrem wspólnym a wolnością przedsiębiorstwa, między kierunkiem politycznym a szansami gospodarczymi.

Wylano morze atramentu w tym celu, by zrozumieć kryzys. W tym wszystkim uderzyła mnie myśl jednego finansisty, odwołującego się do nauki społecznej Kościoła. Jest to bankier Ettore Gotti Tedeschi, który w komentarzach na łamach „L’Osservatore Romano” pisał, że kryzys jest następstwem zawinionej rezygnacji ze stosowania jednej z podstawowych zasad nauki społecznej Kościoła: zasady pomocniczości. Ten zawiniony brak pomocniczości daje się dostrzec pośród czynników, które spowodowały kryzys finansowy w USA. Państwo bowiem jest wyraźnie odpowiedzialne za wspieranie fikcyjnego wzrostu gospodarczego, za tolerowanie aż do granicy wspólnictwa „toksycznych” instrumentów finansowych, za forsowanie konsumpcji na kredyt, która z dóbr powszechnego użytku przeszła w wielkiej skali na nieruchomości. „Konsumenci świata”, rodziny amerykańskie, które przez lata nabywały na kredyt dobra powszechnego użytku wytwarzane niskim kosztem w gospodarkach wschodzących (chińskiej i hinduskiej), skierowały swoje preferencje na kupowanie mieszkań na kredyt, idąc za poduszczeniem tych, którzy chcieli „przebić” zmniejszenie się PKB, spowodowane zwolnieniem gospodarki amerykańskiej sięgającym jeszcze lat 80. To, co u nas dzieje się z samochodami („kup dziś za wpłatę zerową i zacznij spłacać po sześciu miesiącach w dogodnych ratach”), w Ameryce od kilku lat funkcjonuje w nabywaniu mieszkań. W istocie nabywanie domów na kredyt i związane z tym „toksyczne” instrumenty finansowe powiększały PKB. To coś takiego jak u nas, gdy zbyt długo odsuwa się reformę emerytur, zrzucając koszty decyzji na barki przyszłych pokoleń; albo gdy oszczędza się na bezpieczeństwie i buduje domy, które się walą przy pierwszym wstrząsie ziemi; albo gdy nie dba się o przyrodę i przekazuje się dzieciom skażony świat.

W tym samym kierunku – pogłębiania zasady pomocniczości – idzie trafna refleksja przewodniczącego Papieskiej Rady „Iustitia et Pax”, kard. Renato Raffaele Martino. W swoim wystąpieniu na niedawnej konferencji międzynarodowej pt. „Wartości etyczne i integralny rozwój osoby w dobie globalizacji” powiedział: „Gdy wielkie banki są w kryzysie albo korzystają z bezpośredniego czy pośredniego wsparcia państwowego, odkrywa się ponownie stary bank na prowincji, kasy wiejskie i spółdzielcze banki kredytowe, które udzielają pożyczek, znając daną osobę, jej rodzinę i jej historię inaczej niż wielkie instytucje finansowe. […] trzeba odkryć na nowo znaczenie mikrokredytu, warsztatów rzemieślniczych, które gwarantują miejsca pracy także w trudnym czasie, spełniają rolę amortyzatorów społecznych i są przykładem zaufania, współpracy, solidarności. To wszystko pozwala myśleć, że moment kryzysu powinien być też momentem nadziei”.

Sytuacja, w której żyjemy, może skracać nasze spojrzenie. Dzisiejsze trudności nie pozwalają wybiegać w przyszłość. A jednak każdy kryzys jest przejściem. Nie powinniśmy marnować kryzysu, ale wykorzystać go do budowania bardziej ludzkiej przyszłości. Kryzysy gospodarcze są cykliczne i unaoczniają konsekwencje naszych działań. Są jak burze. Z pewnych względów są nieuniknione, ale gdy nadchodzą, zmuszają załogę do zjednoczenia się dla pokonania trudności. Kryzysy są też podobne do niestrawności: żeby je pokonać trzeba większej cnoty.

Tak więc można się spodziewać, że po kryzysie Włochy będą mniej kłótliwe, a bardziej solidarne, najpierw z tymi, którzy tracą pracę, i z rodzinami bezpośrednio dotkniętymi przez kryzys. Dobrze uczynił Giuseppe Betori, arcybiskup Florencji, który w związku z uruchomioną przez Konferencję Episkopatu Włoch kampanią solidarności z rodzinami dotkniętymi bezrobociem zaproponował inicjatywę wspierania przez odpowiedni fundusz tych, którzy chcą się usamodzielnić, co będzie sprzyjać nowej przedsiębiorczości, gdyż pracy nie przynosi bocian, ale wolna inicjatywa ludzi.

Jeśli spojrzymy w przeszłość możemy dostrzec owoce i niedostatki rozwoju gospodarczego. Z jednej strony wyzwolenie z ubóstwa, oświata (w 1968 r. tylko jedna czwarta Włochów miała dyplom, dziś ponad trzy razy więcej, prawie 80%), rozwój przemysłu, wzrost solidarności i wolontariatu (czegoś takiego nie było nigdy w przeszłości, wystarczy przypomnieć akcje po tragicznym trzęsieniu ziemi w Abruzzo), wsparcie rodziny (rodzaj welfare we Włoszech), zwiększenie liczby miejsc pracy i stopniowa redukcja bezrobocia. Ale nie możemy też nie wiedzieć niesprawiedliwości w skali światowej, niedożywienia, głodu, terroryzmu, wojen, niegodziwego rozdziału zasobów planety nie tylko między bogatą Północ a ubogie Południe, ale i między bogate oligarchie Południa a tamtejsze ludy, trzymane z dala od dobrobytu, demokracji i rozwoju.

Ten kryzys każe nam na nowo przemyśleć sprawę rozwoju bez ulegania syrenim śpiewom kolektywizmu i opiekuńczości. Ten kryzys skłania nas do praktykowania solidarności we wszystkich formach wspomagania tych, którzy są w trudnej sytuacji, alei do przemyślenia pomocniczości. Ten kryzys każe myśleć o dobru wspólnym i o wartości osoby, o prymacie pracy przed kapitałem i osoby przed pracą, także pracą menedżerską.

Nasz system welfare state nabiera wody ze wszystkich stron. Trzeba będzie zrobić dokładny bilans marnotrawstwa środków publicznych w służbie zdrowia, szkolnictwie, urzędach. Państwowa opiekuńczość powinna być stopniowo zastępowana przez welfare society, która da możliwość stosowania zasady pomocniczości, jak to należycie wyjaśnił w swoich tekstach ks. Mario Toso.

Kryzys jest okazją do zastanowienia się nad dobrem wspólnym we Włoszech, nad naszymi stylami życia, mitami i idolami naszej młodzieży, nad koniecznością umiarkowania, które oddziaływałoby na nasze modele konsumpcji i na hierarchie wartości. Ażebyśmy wyszli lepsi z kryzysu, wielce pomocna dla wszystkich będzie busola, którą daje nauka społeczna Kościoła z jej czterema filarami, którymi są: osoba jako zasada, dobro wspólne, pomocniczość i solidarność. Nie zapominajmy nigdy, jak jeszcze powiedział Papież, że „nie można stworzyć sprawiedliwego świata jedynie za pomocą dobrych modeli ekonomicznych, które są potrzebne. Sprawiedliwość się urzeczywistnia, tylko jeśli istnieją sprawiedliwi. A nie ma sprawiedliwych, jeśli brak codziennej, pokornej pracy nad nawracaniem serc. […] Otwierać serca na sprawiedliwość i na miłość bliźniego to wychowywać do wiary i prowadzić do Boga”2.

 Tłum. Tadeusz Żeleźnik

  1. Benedykt XVI, Blaski i cienie posługi w wielkomiejskich parafiach. Spotkanie z duchowieństwem Rzymu, 26 lutego 2009 r., „L’Osservatore Romano” wyd. pol., nr 4, s. 17.
  2. Tamże, s. 18.
Podziel się:

O autorze



Dodaj swój komentarz

Komentarze niepodpisane imieniem i nazwiskiem nie są publikowane.

© 2011 Duszpasterstwo Talent. All rights reserved.