W ostatnich tygodniach na stronach Duszpasterstwa Przedsiębiorców „Talent” wywiązała się burzliwa dyskusja… Wszystko zapoczątkował z pozoru niewinny raport Papieskiej Rady Iustitia et Pax pt. „Powołanie lidera biznesu — refleksja”.

Nie będę wchodził w bezpośrednią polemikę z dysputantami. Pragnę pokazać inną perspektywę. Wniosków z tego dokumentu uczyłem już bowiem na swoich szkoleniach z rozwoju biznesu zanim został on napisany… Wcale nie czytając w myślach jego twórcom.

Po prostu niezależnie doszliśmy do tych samych wniosków. Nie potrafimy niestety zmierzyć jaką rolę odegrał nasz Pan, Duch Święty, w tej kwestii. To może o czymś świadczyć. Na przykład o tym, iż wbrew pozorom „Powołanie lidera biznesu” może być podręcznikiem skutecznego zarabiania pieniędzy.

Dziś skoncentruję się na jednej z wielu kwestii, lecz moim zdaniem najistotniejszej z punktu widzenia sprzedaży firmy. Nie byłoby rozwoju pracowników ani istnienia firmy, gdyby nie było sprzedaży. Zaczniemy zatem od kwestii marketingowej:

 

Aby zarabiać pieniądze, sprzedawaj produkty, które służą ludziom i których ludzie potrzebują.

Wniosek ten nie jest nadzwyczajnym odkryciem Papieskiej Rady Iustitia et Pax, lecz już od co najmniej kilkudziesięciu lat uczy go dziedzina nauki zwana marketingiem.

Oczywiście nie każdy miał przyjemność studiować tę naukę i dla niektórych jest ona synonimem „promocji i reklamy”. To trochę tak, jakby myśleć, że Kościół jest po prostu „królestwem facetów ubranych w czarne sutanny”. Jeśli ktoś ma zawężone do wycinka rzeczywistości spojrzenie, oczywiście prześlizgnie się w ten sposób „po powierzchni” i wszystko zapakuje do jednego worka.

Podobnie w marketingu, jest on bogactwem różnych szkół i metod, które zaczynają się od jednego postulatu: poznaj potrzeby swojego klienta, a następnie daj mu coś, co je zaspokoi. Pytanie: jak to zrobić? I po co?

Ilustrując to na przykładzie powiedziałbym, że w dzisiejszych realiach, mając milion na inwestycję, nie otworzyłbym firmy sprzedającej młotki tylko dlatego, że wpadłem na taki pomysł. Ten pomysł wypadałoby przetestować i sprawdzić, czy jest popyt na moje młotki. Innymi słowy: czy ludzie ich potrzebują — i w jak dużym stopniu?

W swojej terminologii nie stosuję nieco oklepanego pojęcia „badanie rynku”. Mówię raczej po wojskowemu „rekonesans”, względnie „rozpoznanie frontu”. Polega on z grubsza na tym:

✔ Pytamy się ludzi z czym mają problem w związku z danym tematem, zagadnieniem.
✔ Pytamy się, który z naszych pomysłów najbardzie