ks. Lucjan Szczepaniak SCJ

W ostatnich latach problemy ludzi chorych i niepełnosprawnych często stają się przedmiotem społecznej dyskusji i jest to pozytywne zjawisko. Ustanawiane są nowe prawa, zatrudniani urzędnicy, którzy tych praw mają przestrzegać, powstaje wiele fundacji i stowarzyszeń. Właściwie codziennie podejmują ten temat środki masowego przekazu. Czasami można odnieść wrażenie, że współczesny świat pochylił się nad cierpiącym i chorym człowiekiem i jest głęboko zatroskany o jego los. Niemal spontanicznie pojawia się jednak pytanie, dlaczego cierpiącemu jest coraz gorzej, skoro jest tak wiele instytucji zainteresowanych niesieniem mu pomocy.

Zapewne jedną z przyczyn wyjaśniającą to skomplikowane zjawisko jest komercjalizacja cierpienia. Chociaż przykro jest o tym pisać i mówić, to coraz częściej można zaobserwować tendencje do wykorzystywania ludzkiej krzywdy. Staje się ona siłą napędzającą wielkość nakładu publikacji i oglądalność stacji telewizyjnych nie ze względu na samego cierpiącego człowieka, ale na towarzyszącą mu sensację. Bez najmniejszego zażenowania przedstawiane są najintymniejsze szczegóły z życia ludzi chorych, a pierwsze strony czasopism opatrywane są twarzami cierpiących. W pewnej mierze postawa ta jest usprawiedliwiona, jeśli przy pomocy publikacji można pomóc takiemu człowiekowi. Tego rodzaju nastawienie nie przynosi jednak wymiernych korzyści, dlatego brutalnie przekraczana jest granica ludzkiej wrażliwości.

Niepokoi również fakt, że niektóre fundacje i stowarzyszenia mające statutowy obowiązek niesienia pomocy cierpiącym, bardziej troszczą się o sprawy swoich pracowników aniżeli chorych. Po pierwszych miesiącach gorliwej aktywności problemy cierpiącego człowieka stają się dla nich przykrym ciężarem. Stąd też w miejsce pokornej służby pojawiają się zbiórki pieniędzy na charytatywnych balach i koncertach, których koszt zorganizowania jest niewiele mniejszy od dochodu. Rodzi się więc pytanie, czy ich istnienie ma uzasadnienie społeczne?

Należy oczyścić także intencje pracy w wolontariacie, która nie zawsze podejmowana jest z altruistycznych pobudek. Wielu młodych ludzi, pragnąc poprawić swój wizerunek w szkole, na uczelni lub u pracodawcy, podejmuje się tego zajęcia w nadziei na uzyskanie dobrej opinii. Zdobycie jej nie jest czymś złym, ale nie powinno stać się celem samym w sobie. Stąd też nie jest etycznie uzasadnione wymaganie od ucznia czy studenta pracy w wolontariacie jako warunku lepszych notowań czy nawet promocji. „Wolontariat bowiem, jako owoc świadomego, choć niekiedy trudnego wyboru, nie tylko służy w sposób konkretny społeczeństwu, ale zarazem daje mu świadectwo wartości, jaką jest bezinteresowność. Ta wartość, sama w sobie bardzo wymowna, jest przeciwwagą indywidualizmu, który, niestety, bardzo się rozpowszechnił w naszych społeczeństwach, szczególnie najbogatszych” (Jan Paweł II, Aby dla wszystkich starczyło nam serca, 7 II 2002).

Wciąż jest aktualne niezwykle trafne spostrzeżenie tragicznie zmarłego Daga Hammarskjölda (1905–1961), sekretarza generalnego ONZ: „Dobroć jest czymś bardzo prostym: być zawsze do dyspozycji drugich, nigdy nie szukać samego siebie”.

Jak więc zrozumieć ludzi, którzy wymagają pisemnego potwierdzenia każdego okruchu dobra, swojej życzliwości, będącej bardziej psychoterapią ich głodnego miłości wnętrza, aniżeli miłosierdziem. To ofiarodawca powinien dziękować potrzebującemu, że zechciał pomoc przyjąć. Tego rodzaju interpretacja wymaga jednak wiary w Chrystusa, który utożsamia się z każdym cierpiącym (por. Mt 25,31–46). Niestety, ten zwyczaj nie jest przyjmowany również w niektórych środowiskach kościelnych, co wyraźnie zaprzecza słowom Jezusa: „Kiedy dajesz jałmużnę, niech twoja lewa ręka nie wie, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu” (Mt 6,3–4). Chory i jego rodzina potrafią spontanicznie okazać wdzięczność, bez przypominania im o tym. Domaganie się natomiast uznania jest zamaskowaną formą ich upokarzania.

Inspiracją do czynienia dobra dla chrześcijanina powinien być sam Chrystus i Jego bezinteresowna miłość do każdego z nas. W ten sposób dobro to staje się źródłem apostolstwa i wiary, że „[Jezus] obecny w ubogim i cierpiącym chce, aby Go rozpoznano i kochano w każdym człowieku” (Jan Paweł II, dz. cyt.).