ks. Władysław Majkowski SCJ

Dobro wspólne jest podstawową zasadą w katolickiej nauce społecznej. Rozumie się przez nie „sumę warunków życia społecznego, jakie bądź zrzeszeniom, bądź poszczególnym członkom społeczeństwa pozwalają osiągnąć pełniej i łatwiej własną doskonałość” (GS, 26).

Zasada dobra wspólnego opiera się na trzech przesłankach. Pierwszą jest ludzka osoba, która ma niezbywalne prawa z prawem do wolności na czele; drugą jest społeczny dobrobyt i społeczny rozwój. W ramach tego prawa władza ma obowiązek zapewnić to, czego jednostka do życia potrzebuje, tak w wymiarze cielesnym, jak i kulturalnym; trzeci element dobra wspólnego to społeczny ład, sprawiedliwy porządek, który jest warunkiem funkcjonowania wszelkich organizacji.

Chociaż zasadę dobra wspólnego można zastosować do różnych poziomów życia społecznego: od małych grup do międzynarodowego dobra wspólnego, to jednak mówi się o niej w szczególności na poziomie państwa. Jednostki bowiem i mniejsze grupy społeczne nie są w stanie (samodzielnie) zaspokoić swoich potrzeb. Może to uczynić państwo. Jest to instytucja, która ma odpowiednie środki do tego, by z zasady dobra wspólnego uczynić zasadę funkcjonowania tej zbiorowości.

Najwyższym poziomem dobra wspólnego jest dobro wspólne międzynarodowe. U jego podstaw — jak to podkreśla Teodor Herr — leży fakt „międzynarodowych powiązań gospodarczych i wzajemna zależność pomiędzy państwami”. Obecnie żadne państwo nie jest samowystarczalne. Dotyczy to w pierwszym rzędzie państw biednych, ale również i bogatych. Podstawowym elementem dobra wspólnego na tym poziomie jest pokój. Jest on nawet warunkiem realizacji innych wymiarów dobra wspólnego, tak na poziomie międzynarodowym, jak i narodowym.

W systemie kapitalistycznym, który — póki co — nie ma alternatywy, głównym źródłem utrzymania jednostek i ich rodzin jest praca najemna. Miejscem pracy zaś jest konkretne przedsiębiorstwo, które może być małym, średnim lub wielkim zakładem pracy. Te ostanie mają niekiedy zasięg międzynarodowy.

Przedsiębiorstwo będące miejscem pracy stanowi dobro wspólne w pierwszym rzędzie dla tych wszystkich, którzy tam znajdują zatrudnienie, a więc środki do życia. Pośrednio jest ono też elementem dobra wspólnego całej społeczności państwowej, ponieważ wnosi swój wkład w funkcjonowanie państwa: zabezpieczając środki do życia członkom społeczności państwowej oraz wnosząc swój wkład w funkcjonowanie państwa poprzez płacenie podatków na jego rzecz.

Przedsiębiorstwo rozumiane jako dobro wspólne powinno być przedmiotem troski tych wszystkich, których przedmiot ono stanowi. Odpowiedzialność za jego dobro spoczywa na wszystkich jednostkach, które są jego elementem składowym, proporcjonalnie do ważności pełnionych funkcji. Oznacza to, że nawet przedsiębiorstwo, którego formalnym właścicielem jest jedna osoba, staje się przedmiotem troski wszystkich pracowników — stanowi dla nich źródło zdobywania środków ekonomicznych.

W praktyce nie zawsze jest to łatwe z racji istniejącego konfliktu interesów. Jest bowiem rzeczą oczywistą, że dochód przedsiębiorstwa, który w danym momencie jest wielkością stałą, może być podzielony różnie pomiędzy biorących udział w jego kreowaniu: od właściciela począwszy, a na pracownikach najniższego rzędu skończywszy. Oznacza to, że im więcej otrzymuje właściciel, tym mniej jest do podziału dla robotników. Zasada, jaka tu obowiązuje, jest zawsze ta sama: zasada sprawiedliwości. Nie oznacza ona jednak fizycznej równości. W tym przypadku posiłkuje się ona zasadą proporcjonalności wkładu w przedsiębiorstwo i ponoszonej za niego odpowiedzialności, ryzyka.

Możliwym w tym względzie działaniem niezgodnym z troską o dobro wspólne ze strony właściciela lub pełniących ważne w przedsiębiorstwie role jest ukryte wyprowadzanie kapitału, zwyczajna kradzież, która niekiedy jest nazywana eufemistycznie działaniem na niekorzyść własnego przedsiębiorstwa. Ze strony pracowników jest nim traktowanie pracy jako koniecznego zła, bez właściwego zaangażowania się w pełnione funkcje. Wyrazem takiej postawy są utarte powiedzenia: „Czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy!”; „To mnie nic nie obchodzi; ja o trzeciej godzinie idę do domu!”.

Wydaje się, że na dzień dzisiejszy wielu pracowników nie wyzbyło się jeszcze pozostałości komunistycznej mentalności braku poczucia odpowiedzialności za dobro przedsiębiorstwa. Do świadomości ich nie dociera fakt, że tak jak sukces ma wielu ojców, podobnie bankructwo jest też uwarunkowane wieloma czynnikami. Refleksja w tej materii zwykle przychodzi zbyt późno, wtedy, gdy uratować się już nie da nic.

Chociaż jest prawdą, że to instytucje, a więc i zakłady pracy, są stworzone dla ludzi i mają służyć człowiekowi według słów papieża Piusa XII: „Człowiek nie może być uważany za przedmiot, względnie jakiś element życia społecznego, lecz powinien być uznany jako podmiot, podwalinę i cel tego życia”, to jednak każda jednostka może osiągnąć swój cel jedynie o tyle, o ile inne jednostki będą mitygować swoje roszczenia” i oczekiwania względem nich, biorąc pod uwagę dobro wspólne. „Dobro wspólne ‑jak to podkreśla wspominany już wcześniej T. Herr — ma pierwszeństwo przed indywidualnym użytkowaniem. Dzisiaj daje się gorzko odczuć brak wymaganych cnót społecznych, jak umiarkowanie, rezygnacja z własnego zysku itp., przez dłuższy czas określanych jako przestarzałe i niejednokrotnie wyśmiewane”.

Ludzie żyjący na koszt ogółu są niejednokrotnie przyczyną niewydolności instytucji, organizacji i zakładów pracy, co w konsekwencji nierzadko prowadzi do tego, iż dobro wspólne schodzi na dalszy plan albo nawet nie jest wcale brane pod uwagę. Indywidualizm i własne interesy jednostek zdominowują życie społeczne i zawodowe nawet na najniższym poziomie. Oznacza to, że należałoby przywrócić dobru wspólnemu właściwe mu miejsce w hierarchii naszego systemu wartości.

 

* Streszczenie wykładu wygłoszonego w auli Domu Pielgrzyma przy kaliskim sanktuarium 1 maja 2007 r.