rozmowa z Jackiem Szymanderskim

Jak Pan ocenia z obecnej perspektywy sens zaangażowania się w „Solidarność”? Z czego ono wynikało?

Od lat przyjęło się uzasadniać angażowanie się w „Solidarność” w latach 1980–1981 głównie przez skutki polityczne i społeczne, do jakich – po wielu latach – w rezultacie powstanie „Solidarności” doprowadziło. Dziś należy wyraźnie podkreślić, że angażowanie się w „Solidarność” w latach 80. było wartością samą w sobie. Warto było uczestniczyć w tej wspólnocie, warto było być połączonym przez ów szczególny entuzjazm, poczucie wyzwolenia z niesłychanej szarzyzny, półprawd, miernoty i nudy.

PRL w końcu lat 70. nie była państwem szczególnie opresywnym. To, co wówczas robiliśmy, to nie była walka o wolność od opresji, prześladowań czy zagrożenia życia.To było uzyskiwanie (dla starszych odzyskiwanie) dumy z własnej tożsamości, z bycia sobą. „Solidarność” owego czasu to przede wszystkim ruch emancypacyjny. Odzyskiwaliśmy tożsamość i poczucie godności jako Polacy, ale przede wszystkim jako ludzie. Odzyskiwaliśmy tę godność osoby ludzkiej, jaką nadało nam chrześcijaństwo i wywodząca się z niego zachodnia cywilizacja, do której zawsze należeliśmy.

Resztki dumy, godności i wolności, które poprzedniemu pokoleniu Polaków udało się obronić przed niemieckim barbarzyństwem i stalinowskim terrorem, zostały w ciągu długich lat PRL po 56 roku utopione w szarości, nijakości, zapomnieniu.

Dumy, godności i wolności nie zdobywa się łatwo. Jaką cenę Pan za nie zapłacił?

Obiektywnie, jakaś cena została zapłacona. Przesiedziałem rok w internie, a później w latach 1985–1986 jeszcze 9 miesięcy w więzieniu na Rakowieckiej.

Przeszukiwano mieszkanie, zatrzymywano mnie na 48 godzin. Dzięki poparciu, jakie przez cały czas miałem od kolegów z Instytutu Historii PAN, moja sytuacja zawodowa nie pogorszyła się w sposób zasadniczy. Zrozumienie, uznanie, poparcie, jakiego doznawałem od rodziny, kolegów, przełożonych, ludzi, z którymi miałem kontakt w czasie bardzo licznych spotkań w zakładach pracy itd. – to była nagroda warta ceny, jaką 1989 r. trzeba było płacić. Nigdy tak intensywnie jak wtedy nie czułem, że robię coś dla kogoś, że jestem potrzebny – ja, taki właśnie. Każdy o tym marzy.

Co jeszcze ruch związany z”Solidarnością” wniósł w życie społeczne? Czy był on może próbą praktycznej realizacji biblijnej zasady następująco definiującej solidarność: jedni drugich brzemiona noście?

Pamiętajmy, że dla pokoleń „robiących” „Solidarność” problematyka solidaryzmu społecznego była podobnie nieznana jak dolegliwości kapitalizmu. Solidaryzm jako próba odpowiedzi Kościoła pod koniec XIX wieku na wyzwania społeczne epoki industrialnej miał sens i znaczenie w społeczeństwie zróżnicowanym klasowo i podzielonym. Gdyby spróbować sklasyfikować nasze społeczeństwo z roku 1980 przy pomocy kategorii stosowanych zarówno przez Leona XIII, jak i socjalistów jego czasów – to musielibyśmy uznać społeczeństwo PRL okresu późnego Gierka za społeczeństwo praktycznie bezklasowe, poddane władzy nielicznej grupy aparatu PZPR. Polacy poza aparatem PZPR i pracownikami aparatu przemocy należeli do tej samej klasy albo lepiej powiedzieć – masy. Lekarz i robotnik byli bardzo różni pod względem prestiżu, ale nie wynikało to z materialnych różnic; pod tym względem byli podobni. Wykształcenie dawało w PRL coś w rodzaju pozycji szlacheckiej, ale była to «szlachta gołota». Wystarczyło, że owi lekarze, profesorowie, inżynierowie uznali godność pracy fizycznej i pozorność różnicy położenia społecznego, by zapanowała owa niesłychana atmosfera braterstwa i wzajemnego szacunku, której nie można sobie wyobrazić, jeżeli się tego nie przeżyło. Ale nie było w tym nic z biblijnej zasady solidarności. Nie tyle nosiliśmy brzemiona jeden drugiego, ile okazywaliśmy sobie nawzajem szacunek i zrozumienie. Inteligencja pozbywała się w owym okresie poczucia wyższości (przychodziło to szczególnie łatwo, bo większość tych profesorów czy lekarzy to była inteligencja w pierwszym pokoleniu). Oczywiście pewne kręgi inteligencji, ludzie nauki, środowiska twórcze wchodziły w latach 70. w układy, a nawet w rodzaj sojuszu z władzą (zwłaszcza przed powstaniem drugiego obiegu). Jest zabawne, jak błyskawicznie się to rozleciało, dosłownie w kilka tygodni po sierpniu. Możliwość solidarności i emancypacji wraz z całym narodem okazała się natychmiast znacznie atrakcyjniejsza od dość obmierzłych i nieco serwilistycznych kontaktów z aparatem PZPR.

„Solidarność” dawała owo niezwykłe poczucie wspólnoty nie poprzez solidarne dzielenie się cierpieniem, a poprzez uczestnictwo we wspólnym odzyskiwaniu wolności i godności.

Dziś wiemy, że to poczucie sensu, wzajemnej jedności gdzieś zaginęło. Tęsknimy za nim. Czy mogło jednak trwać?

Kiedy byłem posłem i spotykałem się z ludźmi, szybko to poczucie minęło. Kilka miesięcy po wyborach w 89 roku ja już nie byłem „ich”, nie byłem z nimi. I to nie dlatego, że zdradziliśmy, że robiliśmy coś złego. Takie jest po prostu życie społeczne. Posłów, urzędników wyborcy traktują instrumentalnie, oczekują od nich określonych korzystnych dla siebie działań. Po to jest władza.

Kiedy w czasie wielkiej „Solidarności” chodziłem do strajkujących w zakładach pracy, czy później, już w stanie wojennym, jechałem na drugi konie