Przykład 1. Jak sprzedać swoją duszę

Firma informatyczna, właściciel to młody, pełny wiary człowiek. Aktywny członek wspólnoty przy swojej parafii. Zatrudnia ok. 10 osób. W tym pewnego fachowca, który stawia twarde warunki: a to pensja, a to sprzęt, a to jakiś jemu tylko potrzebny program. Z góry traktuje wszystkich. Wszystko jest szybko spełniane. Nie, to go nie demotywuje. Z ekonomicznego punktu widzenia bilans jest dodatni. To się opłaca. Fachowiec jest utalentowany i poza wyzwaniami w pracy nic go nie interesuje. Jest kurą znoszącą złote jajka. Aż pewnego razu stawia jeszcze jeden warunek, proszę się nie martwić — bezkosztowy — „Zdjąć mi tego trupa ze ściany!”. Miły, bogobojny młodzieniec bez słowa staje na krześle i zdejmuje krzyż, na którym śmiało wisieć martwe ciało Chrystusa. Mamona lubi być najważniejszym z ekonomicznych celów. Lubi łudzić zyskami, a w stosownej chwili ścisnąć za gardło i ściągnąć na ziemię, do swych butów. I słychać usprawiedliwienia: to lekcja pokory, trzeba wybaczać. Ludzki rozum ma nieograniczone zdolności do zakłamywania rzeczywistości. Zadowolony gdy w to bagienko uda się jeszcze wciągnąć innych.

Przykład 2. Jak ideały sięgnęły bruku

Młodzi ludzie, którzy poznali się studiując zarządzanie postanawiają otworzyć stajnię. Jakimiś warunkami dysponują, choć dość „partyzanckimi”. Szatni brak, konie uratowane z rzeźni, ale te niedostatki z naddatkiem przykrywa ich zaangażowanie i fakt, że są miłymi, chętnymi do pomocy ludźmi. Tam się chce być. Nic to, że błoto i zimno. W innych stajniach jest cieplej dla ciała — mrozi za to duszę. Szybko zdobywają klientów. Ich elastyczność cieszy, można umówić się na jazdę kiedy komu pasuje. Mijają miesiące tej sielanki. Latem zaczynają się pierwsze zgrzyty — klienci przyzwyczajeni, że mogą wszystko nagle odkrywają, że właściciele wyjechali. W końcu wakacje. Ale gdy wracają już nic nie jest takie same: miesiące mówienia „pieniądze nie są najważniejsze” zaowocowały sporymi stratami. Pasza znikała jak kamfora, opłaty nieuregulowane często od wielu miesięcy. Chcieli dobrze (i jest to fakt), ale klienci (i oczywiście pracownicy) zawiedli. „Wychodzisz do nich z sercem na dłoni, a oni …” . Epilog: przedsiębiorstwo tego młodego małżeństwa uzyskało wsparcie rodziny — biznesmenów. Finansowanie się poprawiło, zrobili kilka inwestycji, choć wciąż daleko do perfekcji. Atmosfera za to zrównała się z innymi — jest już nieprzyjemnie. Z marzenia zostały zgliszcza. Żona rzadko zagląda do niegdyś wyśnionej stajni. Jest to powodem do kłótni w rodzinie: o jej marzenia i jego „pragmatyzm”. Rozwód wisi na włosku.

Idealizm koniarzy przegrał konfrontacje z rzeczywistością. „Bez zysku nie ma biznesu. Aby firma istniała – MUSI generować zysk” napisał — zgodnie z prawdą — p. Paweł Falicki. Nie dbanie o zysk jest jak zaniechanie jedzenia — długo się tak pociągnąć nie da. Z drugiej strony, gdy on rządzi łatwo niszczy ludzi, zmusza ich do złych kompromisów, jak w pierwszej historii. Czy więc nie ma wyjścia? Czy zysk i godność to wrogowie?

Priorytet

Dlaczego tylu ludziom miesza się „pierwszy priorytet” z „jedynym priorytetem”? Ileż to razy już padły zdania typu: „Zysk na drugim miejscu? Przecież bez niego biznes nie będzie istniał!” czy „Jeżeli tak jest, że katolicki przedsiębiorca powinien kierować się w biznesie godnością człowieka a nie zyskiem, i to czyni, to już wiem czemu katolickich przedsiębiorców prawie nie ma”. Jakby był tylko jeden wybór: zysk albo upa