Artykuł pochodzi z Czasu Serca nr 2/2014.


O tym, że dla wiary jest miejsce w biznesie, choć często okupione poświęceniem jakichś zysków, różnicach w prowadzeniu firmy przez osobę wierzącą, a także wierności wartościom z Czesławem Bogdańskim, współwłaścicielem firmy Bogdański, rozmawia ks. Radosław Warenda SCJ.
Jest takie powiedzenie, że pierwszy milion trzeba ukraść. Czy firma Bogdański też pierwszy milion ukradła?
Słyszałem też takie powiedzenie, że pierwszy milion trzeba zarobić, żeby następny można było ukraść. My mieliśmy z bratem o tyle łatwiej, że zaraz przed zmianą ustroju w 1989 roku ojciec był kierownikiem złomu w rejonowej spółdzielni zaopatrzenia i zbytu i to przynosiło tej spółdzielni dosyć spore dochody. Firma konkurencyjna zaprosiła raz ojca na rozmowę w obecności mojego młodszego brata, czy by nie przeszedł do nich i taki punkt uruchomił. Ojciec był jednak niezdecydowany, ale brat stwierdził, że on to weźmie. Nie było trzeba wkładu własnego, bo to funkcjonowało na zasadach ajencyjnych – środki obrotowe dawała spółdzielnia, a 25% prowizji zostawało dla nas i to dawało możliwości rozwojowe. Muszę dodać, że decyzja ta wynikała też z posiadania przez nas już wtedy około 10-letniego doświadczenia! Znaczną część ferii i wakacji spędzaliśmy bowiem, pracując u taty na złomie. Zaczynaliśmy od przynoszenia na śniadanie chleba i napojów pracownikom i tacie, następnie sortowaliśmy makulaturę .W miarę upływu lat wykonywaliśmy coraz cięższe i odpowiedzialniejsze prace, takie jak: obsługa wagi, ładowarki, przyjmowanie złomu według klas. Dla nas była to wspaniała zabawa. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że to nas przygotuje do odpowiedzialnego prowadzenia firmy. Jesteśmy wdzięczni rodzicom, że w pewnym momencie mama ustąpiła ojcu i to on przejął główną pieczę nad naszym kształtowaniem.
Takim decydującym momentem był 1990 rok: nowy ustrój, brat miał jakieś sześć ton miedzi na składzie zakupionych po kilkaset złotych, galopująca inflacja plus ustalenie cen miedzi według tych na świecie, co dało kilka tysięcy procent przebicia. Były środki na inwestycje, na rozwój. W międzyczasie trafiłem do marynarki wojskowej, ale po zmianie ustroju wróciłem. Myślałem na początku, żeby pójść na studia, ale brat już zaczął interes, więc do niego dołączyłem. Założyłem z nim spółkę handlującą materiałami budowlanymi, bo zauważyłem, że jest zapotrzebowanie na stolarkę. Wydzierżawiliśmy magazyn przy stacji kolejowej w Nowym Sączu i tam zaczęliśmy handel materiałami budowlanymi. Gdy brat wyszedł z wojska w 1991 roku (tam zrobił prawo jazdy na ciężarówkę), kupił starszy samochód od spółdzielni, która upadała. I to już nam dało takiego wiatru w żagle. Były już własne środki transportu, jakiś wózek widłowy i inne rzeczy. Po prostu zaczęło się to rozwijać. Zatem nie trzeba było kraść tego pierwszego miliona, bo akurat był łatwy okres.
A jak było z wiarą?czas-serca-okladka
Pochodzimy z tradyc