Z przełożonym generalnym Zgromadzenia Księży Sercanów ks. José Ornelas Carvalho rozmawia ks. Zbigniew Morawiec SCJ

Ojciec Generał jest człowiekiem, który zobaczył już kawał świata, pracował w różnych środowiskach, a na dodatek zarządza instytucją o światowym zasięgu. Można powiedzieć, że to swego rodzaju międzynarodowa „firma”. Jak z perspektywy swoich bogatych doświadczeń ocenia Ksiądz sytuację w globalizującym się świecie? Co w ten wielokulturowy i pluralistyczny świat możemy wnieść jako ludzie wierzący, jako Zgromadzenie?

Jako Zgromadzenie włączamy się w określony kontekst Kościoła, który – zanim jeszcze pojawiło się współczesne pojęcie globalizacji – posiadał już od dawna duże doświadczenie w działaniu na światową skalę. Będąc Zgromadzeniem działającym na różnych kontynentach, z natury tworzymy wspólnoty międzynarodowe. I to już jest wielka korzyść. Dlatego, że idee, jakie spotykamy, służą ubogaceniu naszego doświadczenia i wizji świata. Ważne, że jako Zgromadzenie poszukujemy zdolności utrzymywania jedności, solidarności, współpracy chociaż w różnorodności sytuacji, w jakich się znajdujemy. Jan Paweł II, mówiąc o globalizacji, stwierdzał, iż globalizacja sama w sobie jest dobra. A więc także Kościół szuka spojrzenia wielokulturowego, międzynarodowego. Z tego względu nazywa się katolickim.

A więc nie powinniśmy się obawiać globalizacji, posiadając dotychczasowe doświadczenia? Jesteśmy zdolni odpowiedzieć na wyzwania współczesnego świata?

Moim zdaniem problem jest następujący. Kontakt pomiędzy osobami czy kulturami jest sam w sobie pozytywny. Zależy jednak co się czyni z tym kontaktem. Przykładowo, działanie Kościoła, począwszy od wyjścia z Jerozolimy, posiada wymiar międzynarodowy, ponadkulturowy. Również system kolonialny otwierał na inne światy. Jednak jego cel różnił się do celów stawianych sobie przez apostołów Ewangelii.

Podobnie dzisiaj globalizacja otwiera nowe perspektywy i daje nowe możliwości, ale też stawia wobec nowych problemów i nowych zagrożeń. To, co teoretycznie zakłada termin „globalizacja” powinno dać nowe możliwości rozwoju wszystkim. W praktyce widzimy jednak, że rozdział miedzy krajami bogatymi a biednymi pogłębia się z biegiem lat. A to oznacza, że coś nie funkcjonuje prawidłowo. To, co dokonuje się w wielu rejonach świata, zwłaszcza na kontynencie afrykańskim, prowadzi do cofania się. Globalizacja sama z siebie, jako automatyczny mechanizm, nie rozwiązuje problemów. Podobnie jak do skorygowania błędów pierwotnego kapitalizmu potrzebna była wola polityczna, tak i dzisiaj jest ona niezbędna do naprawienia tego, co automatycznie samo nie funkcjonuje dobrze i prowadzi do nędzy.

A więc system, jeśli chce, jest w stanie skorygować mechanizmy i doprowadzić do naprawy sytuacji?

Oczywiści, jednak nie wierzę w automatyzm tego procesu. Historia i doświadczenie uczą, mówi zresztą o tym Jan Paweł II, że trzeba dać globalizacji serce. I to leży w interesie wszystkich. Nawet w krajach „bardziej kapitalistycznych” państwo musiało wprowadzać regulacje prawne dla właściwego rozwoju ekonomicznego. Na przykład prawo antytrustowe, które jest hamulcem dla mechanizmu, który gdy rozregulowany, jest szkodliwy dla tej samej ekonomii i prowadzi w następstwie do niesprawiedliwości. Trzeba oczywiście pamiętać o negatywnych doświadczeniach państw komunistycznych, w których centralizacja zarządzania przyniosła powszechną biedę, niszcząc ludzką inicjatywę. Potrzebujemy więc takiego systemu, który proponowałby coś, który byłby kreatywny we właściwy sposób, ale jednocześnie potrzebujemy regulacji tego systemu. To tak jak w ruchu drogowym. Można wypuścić samochody na ulice i powiedzieć jedźcie, a ruch drogowy sam się zorganizuje. Nie zorganizuje się sam, będzie bałagan, jeżeli nie będzie reguł gry, których wszyscy będą przestrzegać.

Mamy zatem mechanizm, mamy potrzebę a również możliwość pewnej jego regulacji, nie wychodząc jednak poza konieczne granice tej regulacji. Jaka mogłaby być rola Kościoła, rola Zgromadzenia, co my z naszej strony możemy wnieść do tego procesu?

Jako zakonnicy nie chcemy być specjalistami od ekonomii czy handlu. Staramy się być specjalistami od kontaktów między osobami. My dajemy jedną z rzeczy, moim zdaniem ciekawą, a mianowicie docieramy do ludzi będących u podstawy systemu. Bardzo często jesteśmy tam, gdzie bardzo odczuwa się biedę i nierówności systemów. My na tym poziomie, myślę, że jest to ważne, usiłujemy zwrócić uwagę na wartości osoby ludzkiej w tym systemie.

I nie można powiedzieć, że jest to hamulec dla rozwoju i gospodarki. Nie, prawdziwa gospodarka przynosząca sukcesy, to gospodarka respektująca prawa osoby. W przeciwnym razie przy tym systemie, przy tej różnicy Północ – Południe, cóż my robimy? Pozostawiamy problemy, które istnieją w Europie i w Stanach Zjednoczonych np. z emigrantami. A dlaczego mamy te problemy z emigrantami. Ponieważ są to ludzie zdesperowani, szukający nowych szans.

Gdzie tkwi przyczyna naszego zachowania?

Przyczyn należy szukać m.in. w systemie, który nie działa dobrze. Nie chcę powiedzieć, że wina jest po stronie krajów uprzemysłowionych, nie. Po większej części winę ponoszą systemy panujące w tych krajach ubogich lub brak środków, możliwości, jak również korupcja. Jest to znak dla nas, by zwracać uwagę na ten bardzo ważny problem. My, jako Zgromadzenie, mamy dwa cele działania. Jeden to bezpośrednia solidarność z tymi, którzy są w biedzie, którzy cierpią i są pozbawieni praw. W rzeczywistości nasza działalność zwłaszcza w tych krajach biednych polega na pomocy dla najsłabszych, dla dzieci, dla rodzin żyjących w nędzy.

Ale jest też coś innego, czego promotorem był Ojciec Dehon, założyciel Zgromadzenia. Chodzi o dyskusję nad przyczynami tej sytuacji. Trzeba zwracać uwagę na odpowiedzialność etyczną w gospodarce i w stosunkach społecznych, która powinna wychodzić naprzeciw tej sytuacji, w przeciwnym razie wszyscy odczują jej negatywne konsekwencje.

Dziś wiemy, iż ten czynnik wprowadzenia, powiedzmy, elementu etycznego do działalności gospodarczej jest teraz koniecznością. Z tego, co słyszałem z różnych stron, wielcy właściciele i duże przedsiębiorstwa zrozumiały, że przedsiębiorstwo działa lepiej, jeśli ludzie są ukształtowani na pewnym poziomie etycznym i moralnym. Oni sami podejmują różnorodne inicjatywy wsparcia i pomocy, czego przykładem może być ich zaangażowanie w sercańskie duszpasterstwo przedsiębiorców.

Myślę, że jest to pewna tradycja, która nie jest tylko tradycją Kościoła, ale jest pewną ewolucją, która w naszych zachodnich krajach przeszła długą drogę. Prawdą jest, że społeczeństwa dużego sukcesu, to społeczeństwa, które umiały połączyć w jedno wymagania rozwoju ekonomicznego, technologicznego i ludzkiego, dające szansę rozwoju trwałego i dalekosiężnego.

Wypracowany model jest dziś jednak zagrożony z jednej strony przez nadmierne wydatki państwa opiekuńczego, a z drugiej przez konkurencję ze strony społeczeństw opartych na innych zasadach, gdzie nie respektuje się praw pracowniczych. Powoduje to destabilizację w konkurencji światowej. Najwyraźniejszym przykładem są tu Chiny, które ze swoim potencjałem i wielkością powodują zachwianie równowagi. Na dodatek liczne kraje – zwłaszcza w Afryce i Południowej Azji – pozostają poza tą grą. Dla nich sytuacja staje się coraz bardziej kłopotliwa. Nasza obecność w tych rejonach świata jest wielkim wyzwaniem dla nas. Wymaga zaangażowania w promocję osoby ludzkiej, osoby całościowo rozumianej.

Wydaje mi się, że to Paweł VI mówi, że promocja człowieka jest drugim imieniem ewangelizacji, że obie są ze sobą ściśle związane.

Musimy uczyć się obecności wśród potrzebujących nie w formie paternalistycznej, lecz prawdziwie w świetle Ewangelii. Ewangelia generuje zawsze wspólnotę i solidarność między ludźmi czego przykładem jest cud rozmnożenia chleba. Bóg bierze wspólnotę, jak tego chłopca, który ma pięć chlebów i dwie ryby. Rozmnaża chleb, ale nie robi tego bez udziału ludzi. Kiedy wspólnota jest solidarnie razem, chleb rozmnaża się naprawdę i będzie go wystarczająco dużo, aby zaspokoić głód wielkiej rzeszy. Widać tę zasadę wśród wspólnot podstawowych np. w Brazylii, gdy ludzie mówią: razem jesteśmy zdolni do działania, nie jesteśmy ludźmi niepotrzebnymi, którzy muszą ponosić konsekwencje procesów, które toczą się wokół nas, lecz razem możemy wszystko postawić na nogi. Przykłady te pokazują, iż wspólnota chrześcijańska staje się naprawdę czynnikiem rozwoju. Jednak pomoc, która przychodzi do wspólnoty pasywnej, gdzie ludzie czują się jak bierne przedmioty miłosierdzia innych, ciągle z wyciągniętą ręką, bo nie są zdolni nic zrobić, stwarza sytuację stałego uzależnienia.

Filantropia nie rozwiązuje problemu.

Prawdziwa filantropia zobowiązuje człowieka. Dać godność, to jest ważne. A godność osoby, to nie jest po prostu zdobywanie, posiadanie dóbr materialnych. Człowiek musi odkryć, że jest współpracownikiem Boga i współgospodarzem świata, z którego ma prawo korzystać. Dla mnie osobiści rozmnożenie chlebów stanowi zasadę ewangelicznej rewolucji, prawdziwej rewolucji. Mówi nam ono, że bogactwo i zdolność pomnażania zasobów to nie zło, ale dobro. Bóg oczekuje się od nas, że przy pomocy wszystkich zdolności rozwiniemy ten świat, aby służyć osobie. Kiedy to się realizuje mamy do czynienia z prawdziwym rozwojem, który tworzy naprawdę szczęśliwe osoby.

Błędem jest twierdzenie, że bycie świętym nie pozwala na posiadanie dóbr. Jezus nie mówił tego. Mówił natomiast, że w stosunku do dóbr mamy być wolni, nie przywiązywać się do nich. Nauczył używać dóbr. Umiał ich używać, czego dowodem jest m.in. rozmnożenie chlebów. Potrafił zaspokajać podstawowe potrzeby ludzi. A zatem dobra materialne nie są złem. Problem tkwi w ich używaniu.

Są wokół różne osoby: te które wspierają i te, które potrzebują pomocy. My, zakonnicy, stajemy się pomiędzy nimi pośrednikami. Wymaga się od nas wolności, abyśmy nie zawłaszczali tych dóbr, które przechodzą przez nasze ręce, a które mają być narzędziami solidarności z potrzebującymi.

Przez pośrednictwo naszego Zgromadzenia przechodzą co roku duże pieniądze z jednej części świata w inną. Służą one różnorodnym projektom. Przykładem jest nasza obecność w Kongo, gdzie byłem dwa lata temu. Dowiedziałem się tam, że od sześciu lat rząd nie wypłacał pensji nauczycielom. Zgromadzenie wypłaca im 30 USD miesięcznie, aby utrzymywali otwarte szkoły. Usiłuje się w ten sposób uratować całe pokolenia dzieci, co będzie niezwykle ważne dla przyszłości tego kraju. Dlatego nie odczuwam kompleksu, gdy proszę o pomoc tych, którzy mogą wesprzeć innych. Środki materialne, jakimi dysponuje Zgromadzenie i cały Kościół służą ewangelizacji i przyczyniają się do dania globalizacji „serca”.

Dziękuję za rozmowę.

Ojciec Generał jest człowiekiem, który zobaczył już kawał świata, pracował w różnych środowiskach, a na dodatek zarządza instytucją o światowym zasięgu. Można powiedzieć, że to swego rodzaju międzynarodowa „firma”. Jak z perspektywy swoich bogatych doświadczeń ocenia Ksiądz sytuację w globalizującym się świecie? Co w ten wielokulturowy i pluralistyczny świat możemy wnieść jako ludzie wierzący, jako Zgromadzenie?

Jako Zgromadzenie włączamy się w określony kontekst Kościoła, który – zanim jeszcze pojawiło się współczesne pojęcie globalizacji – posiadał już od dawna duże doświadczenie w działaniu na światową skalę. Będąc Zgromadzeniem działającym na różnych kontynentach, z natury tworzymy wspólnoty międzynarodowe. I to już jest wielka korzyść. Dlatego, że idee, jakie spotykamy, służą ubogaceniu naszego doświadczenia i wizji świata. Ważne, że jako Zgromadzenie poszukujemy zdolności utrzymywania jedności, solidarności, współpracy chociaż w różnorodności sytuacji, w jakich się znajdujemy. Jan Paweł II, mówiąc o globalizacji, stwierdzał, iż globalizacja sama w sobie jest dobra. A więc także Kościół szuka spojrzenia wielokulturowego, międzynarodowego. Z tego względu nazywa się katolickim.

A więc nie powinniśmy się obawiać globalizacji, posiadając dotychczasowe doświadczenia? Jesteśmy zdolni odpowiedzieć na wyzwania współczesnego świata?

Moim zdaniem problem jest następujący. Kontakt pomiędzy osobami czy kulturami jest sam w sobie pozytywny. Zależy jednak co się czyni z tym kontaktem. Przykładowo, działanie Kościoła, począwszy od wyjścia z Jerozolimy, posiada wymiar międzynarodowy, ponadkulturowy. Również system kolonialny otwierał na inne światy. Jednak jego cel różnił się do celów stawianych sobie przez apostołów Ewangelii.

Podobnie dzisiaj globalizacja otwiera nowe perspektywy i daje nowe możliwości, ale też stawia wobec nowych problemów i nowych zagrożeń. To, co teoretycznie zakłada termin „globalizacja” powinno dać nowe możliwości rozwoju wszystkim. W praktyce widzimy jednak, że rozdział miedzy krajami bogatymi a biednymi pogłębia się z biegiem lat. A to oznacza, że coś nie funkcjonuje prawidłowo. To, co dokonuje się w wielu rejonach świata, zwłaszcza na kontynencie afrykańskim, prowadzi do cofania się. Globalizacja sama z siebie, jako automatyczny mechanizm, nie rozwiązuje problemów. Podobnie jak do skorygowania błędów pierwotnego kapitalizmu potrzebna była wola polityczna, tak i dzisiaj jest ona niezbędna do naprawienia tego, co automatycznie samo nie funkcjonuje dobrze i prowadzi do nędzy.

A więc system, jeśli chce, jest w stanie skorygować mechanizmy i doprowadzić do naprawy sytuacji?

Oczywiści, jednak nie wierzę w automatyzm tego procesu. Historia i doświadczenie uczą, mówi zresztą o tym Jan Paweł II, że trzeba dać globalizacji serce. I to leży w interesie wszystkich. Nawet w krajach „bardziej kapitalistycznych” państwo musiało wprowadzać regulacje prawne dla właściwego rozwoju ekonomicznego. Na przykład prawo antytrustowe, które jest hamulcem dla mechanizmu, który gdy rozregulowany, jest szkodliwy dla tej samej ekonomii i prowadzi w następstwie do niesprawiedliwości. Trzeba oczywiście pamiętać o negatywnych doświadczeniach państw komunistycznych, w których centralizacja zarządzania przyniosła powszechną biedę, niszcząc ludzką inicjatywę. Potrzebujemy więc takiego systemu, który proponowałby coś, który byłby kreatywny we właściwy sposób, ale jednocześnie potrzebujemy regulacji tego systemu. To tak jak w ruchu drogowym. Można wypuścić samochody na ulice i powiedzieć jedźcie, a ruch drogowy sam się zorganizuje. Nie zorganizuje się sam, będzie bałagan, jeżeli nie będzie reguł gry, których wszyscy będą przestrzegać.

Mamy zatem mechanizm, mamy potrzebę a również możliwość pewnej jego regulacji, nie wychodząc jednak poza konieczne granice tej regulacji. Jaka mogłaby być rola Kościoła, rola Zgromadzenia, co my z naszej strony możemy wnieść do tego procesu?

Jako zakonnicy nie chcemy być specjalistami od ekonomii czy handlu. Staramy się być specjalistami od kontaktów między osobami. My dajemy jedną z rzeczy, moim zdaniem ciekawą, a mianowicie docieramy do ludzi będących u podstawy systemu. Bardzo często jesteśmy tam, gdzie bardzo odczuwa się biedę i nierówności systemów. My na tym poziomie, myślę, że jest to ważne, usiłujemy zwrócić uwagę na wartości osoby ludzkiej w tym systemie.

I nie można powiedzieć, że jest to hamulec dla rozwoju i gospodarki. Nie, prawdziwa gospodarka przynosząca sukcesy, to gospodarka respektująca prawa osoby. W przeciwnym razie przy tym systemie, przy tej różnicy Północ – Południe, cóż my robimy? Pozostawiamy problemy, które istnieją w Europie i w Stanach Zjednoczonych np. z emigrantami. A dlaczego mamy te problemy z emigrantami. Ponieważ są to ludzie zdesperowani, szukający nowych szans.

Gdzie tkwi przyczyna naszego zachowania?

Przyczyn należy szukać m.in. w systemie, który nie działa dobrze. Nie chcę powiedzieć, że wina jest po stronie krajów uprzemysłowionych, nie. Po większej części winę ponoszą systemy panujące w tych krajach ubogich lub brak środków, możliwości, jak również korupcja. Jest to znak dla nas, by zwracać uwagę na ten bardzo ważny problem. My, jako Zgromadzenie, mamy dwa cele działania. Jeden to bezpośrednia solidarność z tymi, którzy są w biedzie, którzy cierpią i są pozbawieni praw. W rzeczywistości nasza działalność zwłaszcza w tych krajach biednych polega na pomocy dla najsłabszych, dla dzieci, dla rodzin żyjących w nędzy.

Ale jest też coś innego, czego promotorem był Ojciec Dehon, założyciel Zgromadzenia. Chodzi o dyskusję nad przyczynami tej sytuacji. Trzeba zwracać uwagę na odpowiedzialność etyczną w gospodarce i w stosunkach społecznych, która powinna wychodzić naprzeciw tej sytuacji, w przeciwnym razie wszyscy odczują jej negatywne konsekwencje.

Dziś wiemy, iż ten czynnik wprowadzenia, powiedzmy, elementu etycznego do działalności gospodarczej jest teraz koniecznością. Z tego, co słyszałem z różnych stron, wielcy właściciele i duże przedsiębiorstwa zrozumiały, że przedsiębiorstwo działa lepiej, jeśli ludzie są ukształtowani na pewnym poziomie etycznym i moralnym. Oni sami podejmują różnorodne inicjatywy wsparcia i pomocy, czego przykładem może być ich zaangażowanie w sercańskie duszpasterstwo przedsiębiorców.

Myślę, że jest to pewna tradycja, która nie jest tylko tradycją Kościoła, ale jest pewną ewolucją, która w naszych zachodnich krajach przeszła długą drogę. Prawdą jest, że społeczeństwa dużego sukcesu, to społeczeństwa, które umiały połączyć w jedno wymagania rozwoju ekonomicznego, technologicznego i ludzkiego, dające szansę rozwoju trwałego i dalekosiężnego.

Wypracowany model jest dziś jednak zagrożony z jednej strony przez nadmierne wydatki państwa opiekuńczego, a z drugiej przez konkurencję ze strony społeczeństw opartych na innych zasadach, gdzie nie respektuje się praw pracowniczych. Powoduje to destabilizację w konkurencji światowej. Najwyraźniejszym przykładem są tu Chiny, które ze swoim potencjałem i wielkością powodują zachwianie równowagi. Na dodatek liczne kraje – zwłaszcza w Afryce i Południowej Azji – pozostają poza tą grą. Dla nich sytuacja staje się coraz bardziej kłopotliwa. Nasza obecność w tych rejonach świata jest wielkim wyzwaniem dla nas. Wymaga zaangażowania w promocję osoby ludzkiej, osoby całościowo rozumianej.

Wydaje mi się, że to Paweł VI mówi, że promocja człowieka jest drugim imieniem ewangelizacji, że obie są ze sobą ściśle związane.

Musimy uczyć się obecności wśród potrzebujących nie w formie paternalistycznej, lecz prawdziwie w świetle Ewangelii. Ewangelia generuje zawsze wspólnotę i solidarność między ludźmi czego przykładem jest cud rozmnożenia chleba. Bóg bierze wspólnotę, jak tego chłopca, który ma pięć chlebów i dwie ryby. Rozmnaża chleb, ale nie robi tego bez udziału ludzi. Kiedy wspólnota jest solidarnie razem, chleb rozmnaża się naprawdę i będzie go wystarczająco dużo, aby zaspokoić głód wielkiej rzeszy. Widać tę zasadę wśród wspólnot podstawowych np. w Brazylii, gdy ludzie mówią: razem jesteśmy zdolni do działania, nie jesteśmy ludźmi niepotrzebnymi, którzy muszą ponosić konsekwencje procesów, które toczą się wokół nas, lecz razem możemy wszystko postawić na nogi. Przykłady te pokazują, iż wspólnota chrześcijańska staje się naprawdę czynnikiem rozwoju. Jednak pomoc, która przychodzi do wspólnoty pasywnej, gdzie ludzie czują się jak bierne przedmioty miłosierdzia innych, ciągle z wyciągniętą ręką, bo nie są zdolni nic zrobić, stwarza sytuację stałego uzależnienia.

Filantropia nie rozwiązuje problemu.

Prawdziwa filantropia zobowiązuje człowieka. Dać godność, to jest ważne. A godność osoby, to nie jest po prostu zdobywanie, posiadanie dóbr materialnych. Człowiek musi odkryć, że jest współpracownikiem Boga i współgospodarzem świata, z którego ma prawo korzystać. Dla mnie osobiści rozmnożenie chlebów stanowi zasadę ewangelicznej rewolucji, prawdziwej rewolucji. Mówi nam ono, że bogactwo i zdolność pomnażania zasobów to nie zło, ale dobro. Bóg oczekuje się od nas, że przy pomocy wszystkich zdolności rozwiniemy ten świat, aby służyć osobie. Kiedy to się realizuje mamy do czynienia z prawdziwym rozwojem, który tworzy naprawdę szczęśliwe osoby.

Błędem jest twierdzenie, że bycie świętym nie pozwala na posiadanie dóbr. Jezus nie mówił tego. Mówił natomiast, że w stosunku do dóbr mamy być wolni, nie przywiązywać się do nich. Nauczył używać dóbr. Umiał ich używać, czego dowodem jest m.in. rozmnożenie chlebów. Potrafił zaspokajać podstawowe potrzeby ludzi. A zatem dobra materialne nie są złem. Problem tkwi w ich używaniu.

Są wokół różne osoby: te które wspierają i te, które potrzebują pomocy. My, zakonnicy, stajemy się pomiędzy nimi pośrednikami. Wymaga się od nas wolności, abyśmy nie zawłaszczali tych dóbr, które przechodzą przez nasze ręce, a które mają być narzędziami solidarności z potrzebującymi.

Przez pośrednictwo naszego Zgromadzenia przechodzą co roku duże pieniądze z jednej części świata w inną. Służą one różnorodnym projektom. Przykładem jest nasza obecność w Kongo, gdzie byłem dwa lata temu. Dowiedziałem się tam, że od sześciu lat rząd nie wypłacał pensji nauczycielom. Zgromadzenie wypłaca im 30 USD miesięcznie, aby utrzymywali otwarte szkoły. Usiłuje się w ten sposób uratować całe pokolenia dzieci, co będzie niezwykle ważne dla przyszłości tego kraju. Dlatego nie odczuwam kompleksu, gdy proszę o pomoc tych, którzy mogą wesprzeć innych. Środki materialne, jakimi dysponuje Zgromadzenie i cały Kościół służą ewangelizacji i przyczyniają się do dania globalizacji „serca”.

Dziękuję za rozmowę.