Tekst pochodzi ze stałego cyklu „Felieton na początek tygodnia” i został wygłoszony na antenie Radia eM dnia 23.05.2018
 
Drodzy słuchacze i mili Państwo. Miniona niedziela naznaczona Zesłaniem Ducha Świętego należy z pewnością do tych kluczowych. Nie tylko, że liturgicznie zamyka czas kalendarzowej wielkanocności, nie tylko, że rozpoczyna czas Kościoła, ale jakby definitywnie pieczętuje prawdę, że czas najwyższy, żeby nas usamodzielnić, by wziąć życie wiarą naznaczone w swoje ręce. Wszystko, co było trzeba dostaliśmy, i naukę, i wyposażenie, i obietnicę tego samego, choć już nie takiego samego towarzyszenia.
Mnie jednak korci, żeby myślami mimo wszystko wrócić do niedzieli tydzień wcześniejszej naznaczonej Wniebowstąpieniem. Gdyby tak układać nasz religijno – kościelny kalendarz wedle ważności niedziel i świąt nie trudno byłoby chyba zauważyć, że Wniebowstąpienie do tych pierwszoplanowych jednak nie należy. Jest jakby w tle, na drugim planie. Jeśliby zapytać o taką ich ważnościową kolejność, to pewno mniej więcej wyglądałaby ona tak: Boże Narodzenie i Wielkanoc tak na równi, choć chyba jednak ze wskazaniem na Boże Narodzenie, Wszystkich Świętych, no może jeszcze znalazłoby się tu to Zesłanie Duch Świętego właśnie, ale Wniebowstąpienie — śmiem wątpić.
A zdaje mi się, że czas po temu, żeby tej niedzieli przywrócić należne jej miejsce i wydobyć ją z cienia i drugiego planu. Czemu?
Bo jest niedzielą kierunku, niedzielą celu, mety, finału. A jest z nią trochę tak, jak z tą kaplicą Wniebowstąpienia na Górze Oliwnej. Wybudowana w IV w. w formie równoramiennego ośmioboku bez zadaszenia, żeby wyraźnie było widać kierunek, cel, horyzont. Teraz to meczet, a jego kopuła zakrywa widok tego kierunku, celu, mety, jakby odcina od tego widoku.
To, co jednak było, czy może jest tylko jakąś architektoniczną symboliką stało się niestety rzeczywistością. Nie wiem dokładnie, od kiedy, bo pewno nie z dnia na dzień, a sukcesywnie i ponowoczesnemu niebo przestało być celem, kierunkiem, metą. Niebo zostało nam zdeprecjonowane, żeby nie powiedzieć mocniej. Daliśmy je sobie przysłonić, jak tą kopułą zasłaniającą widok horyzontu, z tym co istnieje poza…, co określane jest słowem transcendencja. Czy ktoś jeszcze pamięta takie słowo poza filozofami i teologami?
A ponieważ nie widać go na horyzoncie odnajdujemy je pod nogami, na końcu nosa.
Czy ktoś z nas realizując swoje życie, powołanie, robiąc karierę, rozwijając się myśli o niebie, jako mecie celu, finiszu? Wiem postawiłem pytanie naiwniaka i pewno jeszcze raz zasługuje na powtórkę zdania, jakie przy okazji innego felietonu napisał o mnie jeden z moich przyjaciół: Nie żebym Cię oceniał, ale  Ty to jesteś prawdziwy Dyzio Marzyciel.
Ale przecież do nieba nie inaczej, jak tylko przez ziemię właśnie. Nie ma innej drogi. I w tej perspektywie przywołam zdanie niejakiego Orygenesa sprzed jakichś 1800 lat: Jesteś niebem i idziesz do nieba.
To jesteś niebem brzmi jeszcze bardziej marzycielsko. Być niebem to przecież nierealne, niemożliwe. To byłaby jakaś nienaturalność i zdziwaczenie wręcz. A może jednak wcale nie aż tak?
Pozwolę sobie przywołać teraz na chwilę ledwo, co świętowane Zesłania Ducha Świętego. Kiedy o Nim myślimy, to oczywiście niemal z automatu stają nam przed oczami Jego siedmiorakie dary. A swoją droga potrafimy je jeszcze wymienić tak ad hoc? A ja przy tej okazji przypomnę Państwu i sobie coś jeszcze, to co św. Paweł w swoim liście do Galatów nazywa Jego owocami: owocem zaś Ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. Przeciw takim cnotom nie ma Prawa.
Jeśli owoce Ducha, tego co istnieje po