Tekst pochodzi ze stałego cyklu „Felieton na początek tygodnia” i został wygłoszony na antenie Radia eM dnia 11.04.2018
Mili Państwo i drodzy słuchacze. Zapraszam, jak co środę, do wysłuchania kolejnego felietonu.
Miniona niedziela, kończąca, zwieńczająca oktawę wielkanocną, zamykająca wielkanocne świętowanie bardzo wyraziście przywołuje Boże miłosierdzie. Ten boski atrybut staje się jej myślą wiodącą, wiodącym przesłaniem. Takim graficznym znakiem, plastyczną ilustracją tej niedzieli jest wizerunek Jezusa Miłosiernego. A słyszana niedzielna Ewangelia przeniosła nas, gdzie wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia, tam gdzie przebywali uczniowie, gdy drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus… Oprócz Jego pozdrowienia, pokazania ran i radości uczniów stało się tam coś jeszcze. Otóż jednego z nich, Tomasza akurat nie było. Kiedy więc mówili do niego: Widzieliśmy Pana!, to on im nie uwierzył na słowo, okazał nie tylko powątpiewanie w ich prawdomówność, a nawet więcej brak zaufania, skoro ich opowieść potrzebuje zweryfikować i to jeszcze jak: On rzekł do nich: Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę.
Czemu o tym wspominam? Rzecz jasna my w tę niedzielę Miłosierdzia naszą uwagę koncentrujemy na miłosierdziu właśnie i jest to oczywiste, bo jest ono nam potrzebne jak powietrze i jak rybie woda, i tak naprawdę to tylko na nie możemy liczyć.
Ale ta niedziela przypomina nam o czymś jeszcze, tak poprzez ten ewangeliczny zapis, jak i podpis po wizerunkiem Miłosiernego. O czymś, o czym chyba jednak coraz częściej zapominamy i co jakoś umyka naszej uwadze. Ewangelia pokazuje, jak przykry i destruktywny bywa brak zaufania, a podpis pod wizerunkiem: Jezu ufam Tobie jest wprawdzie deklaracją skierowaną do Jezusa, ale też przypomnieniem o ważności i niezbędności ufności i zaufania tak w ogóle.
To o tyle ważne, a powiedziałbym nawet, że wręcz niezbędne przypomnienie, że stajemy się, jeśli już się nie staliśmy, społeczeństwem, jeśli już nieowładniętym, to z całą pewnością dotkliwie trapionym powszechnie już okazywanego sobie braku zaufania.
Jeśli czytam, że Polaków trawi nieufność i że jest to najpopularniejsza diagnoza stawiana nam przez psychologów społecznych A dane tylko to potwierdzają, że coś jest nie tak z naszymi pokładami wiary w ludzi. A z Europejskiego Sondażu Społecznego wynika, że w porównaniu z innymi narodami wypadamy blado – tylko Bułgarzy, Cypryjczycy i Słowacy są ponoć od nas bardziej nieufni. W dobre intencje bliźnich wierzymy nawet rzadziej niż Rosjanie.. Jest więc coś na rzeczy, czego warto by jednak nie lekceważyć.
Ufamy jeszcze, co prawda, strażakom lub ratownikom pogotowia, choć też już coraz mniej, to już zdecydowanie mniej księżom, a niemal na samym końcu są politycy. GUS przeprowadził w 2015 r. badanie, z którego wynika, że o ile tym służbom ratującym życie ufa odpowiednio 94 proc. i 84 proc. z nas, o tyle Kościołowi już tylko 67 proc., a władzy 25 proc.
Brak zaufania do instytucji, czy grupy zawodowo – społeczno — politycznej jest oczywiście brakiem zaufania do ludzi, którzy je tworzą. Więcej, ten brak zaufania pączkuje i nie tylko rykoszetem trafia niemal we wszystkich.
Z zaufaniem jest też tak, że traci się je bardzo szybko, ale szalenie trudno i długo odbudowuje, o czym pewno też dobrze wiemy i to z własnych doświadczeń. Zresztą ten nie tylko zasiany, ale i samemu spowodowany, wykreowany brak zaufania powoduje i pociąga za sobą podejrzliwość, i poczucie krzywdy, zawiedzenia, a&nbs